niedziela, 02 lutego 2014

Mała, przykurzona ręka sięgnęła do mojego plecaka. Dziecięcy mózg zadział szybciej niż się spodziewałam. Na okrągłej, nieco brudnej buźce pojawił się ogromny uśmiech. Minęła sekunda, a w plecaku były już dwie małe łapki i ani jednego cukierka. Dziewczynka patrzyła na mnie tymi ogromnymi, czarnymi oczami, jakby chciała odwrócić mój wzrok od słodyczy, które teraz mocno przyciskała do swojego brzucha.

W każdej podróży największą słabość mam do dzieci. Ciężko mi przejść koło nich obojętne. Myślałam, że najtrudniej było w Wenezueli. Teraz wiem, że szerokość i długość geograficzna nie mają tu znaczenia. Nie ma więc wyjazdu bez cukierków, uśmiechów i biegających koło mnie gromadek. Pierwsze zderzenie z dziecięcą rzeczywistością w Kenii było jednak równie bolesne, jak upadek z Kilimandżaro prosto w paszczę lwa.

Widelcem po mapie wygląda teraz zupełnie inaczej i znajduje się pod innym adresem. Resztę tego wpisu znajdziesz TUTAJ

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Słońce dopiero wstało, wiatr podrywa piasek, który łaskocze mnie po łydkach. Ocean chyba wziął sobie wolne, bo woda cofnęła się o co najmniej 200 metrów. Mogłabym iść dobry kwadrans wgłąb oceanu, a wciąż nie zmoczyłabym kolan. Wzdłuż plaży biega kilku zapalonych turystów, którzy nawet na urlopie nie zapominają, że gdzieś w ich kraju czeka wymagający trener personalny. Poza nimi i mną nie ma tu właściwie nikogo. Jest 7:00.

Powoli schodzą się pierwsi sprzedawcy. Jeden z nich jest mi już dobrze znany. Handluje wycieczkami i od kilku dni intensywnie przekonuje mnie, że nikt tak jak on nie może pokazać mi rafy koralowej. Żeby było jasne - każdy z nich twierdzi dokładnie tak samo ;) Kilka dni wcześniej zapewniał, że ma na imię Charlie. Nie jestem do końca pewna czy to pokolonialne pozostałości czy jakieś tutejsze zamiłowanie do przekształcania własnych imion na te brytyjsko brzmiące. Lubię na niego patrzeć, bo codziennie rano wpycha w swoje uszy słuchawki i tańczy na plaży, jakby właśnie walczył o udział w You Can Dance. Jest usobieniem najważniejszego i najczęściej wypowiadanego zdania w tej części świata - Hakuna Matata (co znaczy nie martw się).

Widelcem po mapie wygląda teraz zupełnie inaczej i znajduje się pod innym adresem. Resztę tego wpisu znajdziesz TUTAJ

Tagi: Kenia ryba
22:23, widelcempomapie , Podróże kulinarne
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 23 stycznia 2014

W cieniu palmy uśmiechnięty Pan podaje mi kawałek papai. Jest już obrana, bez pestek, zimna i soczysta. Jego ręka kolorem przypomina czekoladę - i to taką, która zawiera 90% kakao. Masz, spróbuj - mówi. Biorę ją i śmieję się w duszy, bo traktuje mnie jakbym miała mieć ją pierwszy raz w życiu w ustach.

Gryzę raz... drugi... Halo, przepraszam, JA NAPRAWDĘ MAM TO W USTACH PIERWSZY RAZ. To znaczy tak jakbym miała. To co do tej pory nazywałam papają, teraz oceniam jako mieszankę bloku technicznego i papieru samoprzylepnego fluorescencyjnego. To co dał mi czarnoskóry mężczyzna prosto z przykurzonego blatu, to coś przez co przed chwilą przeszła ostra jak brzytwa maczeta, to prawdziwa eksplozja smaku, soczystości i orzeźwienia w jednym. 

Widelcem po mapie wygląda teraz zupełnie inaczej i znajduje się pod innym adresem. Resztę tego wpisu znajdziesz TUTAJ

wtorek, 21 stycznia 2014

No to mamy dziś Dzień Babci. Postanowiłam, że muszę mojej zadedykować jeden wpis. I będzie on o przesolonej jajecznicy :)

Ciepłe szaliki, poprawianie kurtek, długie spacery, zabawy, pozwalanie na więcej niż rodzice. Tak mniej więcej kojarzy się babcia. Moja nigdy taka nie była. Do dziś pracuje, jeździ po świecie, prowadzi samochód itd. Nie jest babcią z szablonu, nie siedzi w fotelu. Pewnie, że czasem byłoby lepiej, ale z drugiej strony... Może gdyby usiadła w fotelu poczułaby co i jak bardzo ją boli :)

Widelcem po mapie wygląda teraz zupełnie inaczej i znajduje się pod innym adresem. Resztę tego wpisu znajdziesz TUTAJ

poniedziałek, 06 stycznia 2014

Nie wiem czy i jak często latacie samolotami. Ja przetestowałam już loty krótkie, dalekie, droższe i tańsze. Wniosek jest jeden. W samolocie człowiek się nudzi. Nie ma za bardzo na co patrzeć, nie ma gdzie nóg wyciągnąć, przejść można się jedynie po ciasnym korytarzyku między siedzeniami (a przecież krąży tam też załoga), spać też nie da się cały czas. Gdy się nudzę lubię zjeść. Batonika, kanapkę, nawet obiad, ale czy w chmurach w ogóle jest coś do wsuwania?

Większość długodystansowych lotów ma posiłek wliczony w cenę biletu. W zależności od pory dnia jest to śniadanie, obiad lub kolacja. Na krótkich lotach zdarza się to rzadziej, ale szczególnie nie ma czego żałować. Jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się, żeby jedzenie w chmurach było smaczne. Jest zjadliwe, okej, ale ani nie wygląda ani nie smakuje dobrze :)

Widelcem po mapie wygląda teraz zupełnie inaczej i znajduje się pod innym adresem. Resztę tego wpisu znajdziesz TUTAJ

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 26

Skontaktuj się ze mną: widelcem@gmail.com

Zdjęcia i treści prezentowane na tym blogu są własnością autora. Wykorzystywanie i kopiowanie zdjęć bez mojej zgody jest zabronione (Ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych z dnia 04.02.1994r.Dz.U.Nr 24, poz. 83).

Durszlak.pl Related Posts Plugin for WordPress, Blogger... Mikser Kulinarny - blogi kulinarne i wyszukiwarka przepisów Top Blogi